Slow food i slow life to pojęcia, które można usłyszeć coraz częściej. Żyjemy szybko, pracujemy do późna, nie starcza nam czasu na nic. Jemy także szybko, czasem niekoniecznie zdrowo, a wspólne śniadanie czy obiad to coraz częściej luksus, na jaki możemy pozwolić sobie jedynie w weekendy. Nie jest to życie z jakiego jesteśmy dumni. Niemal każdy z nas chciałby mieć więcej czasu – dla bliskich, dla zdrowia, dla siebie. Zapewne wiele osób z nas zna osoby (lub same nimi są!), które zrezygnowały z szybkiego tempa dużego miasta i przeprowadziły się na wieś. Znajdują tam często spokój, mają więcej czasu dla rodziny i choć pojawiają się zupełnie inne problemy, to im w tej drodze udało się odnaleźć szczęście.

Marka Almette napisała do mnie z zaproszeniem na wspólne gotowanie w myśl filozofii slow food – z lokalnych składników, prosto i ze smakiem (czyli przeciwieństwo fast food – gdzie gotuje się błyskawicznie i z pół-produktów). Mieliśmy rozmawiać o slow life i spędzić czas właśnie zgodnie z tą ideą. Zaczęłam się wtedy zastanawiać czy ja – typowy korpolud i mieszczuch (choć gotujący sporo w domu) i kochający slow food – mam też slow life? Czy chcąc mieć slow life musimy rzucić wszystko i wyprowadzić się w Bieszczady (choć to też kuszące)? Mamy dzieci chodzące do ukochanej szkoły, lepszą lub gorszą, ale stałą pracę, codzienne zobowiązania, a wielu z nas po prostu lubi możliwości jakie daje życie w mieście. Myślę, że nie trzeba się z tym żegnać, aby wprowadzić slow life do swojego życia. Ja poprzez slow life rozumiem stawianie na jakość, a nie ilość. Mniej czasu na telewizję – więcej dla bliskich, mniej zakupów w supermarkecie – więcej u lokalnych dostawców, na wakacjach mniej leżenia – więcej poznawania, wprowadzenie do życia nowych elementów – sportu, wolontariatu, społecznych inicjatyw itp.

Nie wszyscy jednak mają takie możliwości, ale przecież slow life’u możemy liznąć na wakacjach. Okazało się, że położony na pięknym Dolnym Śląsku pensjonat Villa Greta, do którego zaprosiło mnie Almette realizuje filozofię slow life w najlepszy z możliwych sposobów. U nich “slow” wcale nie oznacza wolniej, a świadomiej. Jest tam restauracja (wyróżniona w przewodniku Gault&Millau), w której serwowane są produkty z okolicznych gospodarstw, ich śniadania wspominam do tej pory, a schludne pokoje nie mają tv – nie braknie natomiast gier i zabaw dla dzieci, kolorowanek oraz lokalnych atrakcji – bliższych i dalszych. Na miejscu można szaleć na sankach (jest specjalnie przygotowany tor), zwiedzać z pomocą mapy wieś Dobków zdobywając przy tym punkty, odwiedzić Sudecką Zagrodę Edukacyjną (czyli lokalne muzeum nauki), zimą – zbierać jarmuż, a latem – wszystkie skarby z grządek i drzew owocowych. Właściciele organizują codziennie jednodniowe wycieczki – atrakcji są dziesiątki. Jeśli agroturystyka kojarzy się Wam z nudą, to to miejsce temu przeczy.

W pięknym otoczeniu nie gotowałam jednak sama! Miałam ogromną niespodziankę i zaszczyt poznać Davida Gaboriaud – sympatycznego kucharza (uśmiech nie schodzi mu z ust i nim zaraża!), znanego między innymi z programów kulinarnych na Kuchnia+. Taka przygoda nie zdarza się często. Lubię poznawać nowe osoby, a David to osoba niezwykle ciepła, wesoła i mająca ogromną wiedzę. Lubi gotować na luzie, dla przyjemności i z miłości do jedzenia. Podczas drugiego śniadania mieliśmy okazję porozmawiać o slow life. Okazało się, że on też zaczynał od pracy w korporacji! Czasami droga do spełniania marzeń jest kręta. Spróbowaliśmy wędzonego na zimno pstrąga z pobliskiej hodowli i serków, które David planował wykorzystać do przepisów. Almette z chrzanem idealnie pasowało do ryby. Pasta z pstrąga na serku jest zdrowsza, niż ta na majonezie, a dzięki cytrynie i świeżym ziołom, jej smak jest zupełnie inny i świeży. Przygotowaliśmy ją razem.

Pasta z wędzonego pstrąga (jak mówił David świetnie sprawdzi się też wędzona makrela czy łosoś) pasuje zarówno na śniadanie, jak i na kolację. Można z niej zrobić też małe, wykwintne przystawki na przyjęcie (podając na pumperniklu, grzance czy w kruchych mini-tartaletkach). Ja chętnie bym zabierała ją w pojemniku na lunch do pracy. Aby ją zrobić potrzebujemy:

  • 2 wędzone pstrągi
  • 4 czubate łyżki serka Almette z chrzanem
  • 1 cytryna (skórka i sok)
  • 2 łyżki posiekanego szczypiorku
  • 2 łyżki posiekanego koperku
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • sól, pieprz
  • grzanki

Oddzielamy mięso pstrąga od skóry i ości. Rozgniatamy je delikatnie widelcem. Sprawdzamy, czy nie zostały nam jakieś ości. Ścieramy skórkę z cytryny. Mieszamy pstrąga z oliwą, serkiem, posiekanym koperkiem i szczypiorkiem. Dodajemy skórkę z cytryny. Skrapiamy sokiem z cytryny do smaku. Doprawiamy solą i pieprzem. Serwujemy z grzankami (np. smarujemy pieczywo masłem i podsmażamy na suchej patelni). Jeśli nie zdobędziecie chrzanowego serka – użyjcie Almette śmietankowego i łyżki chrzanu ze słoiczka. Pastę można przyozdobić skórką z cytryny i koperkiem.

Kolejny przepis Davida to miska zdrowia – tzw. budda bowl – miska wypełniona zdrowymi smakami. W tej wersji naczynie wypełniamy wytrawną “gryczanką” z niepalonej kaszy gryczanej, chipsami z jarmużu i jajkiem w koszulce. Niesamowite jak zupełnie różne smaki mogą współgrać – jak dla mnie lunch idealny. Dla czterech osób potrzebujemy:

  • 160 g niepalonej kaszy gryczanej
  • garść świeżego jarmużu
  • 1 opakowanie serka Almette z ziołami
  • 4 jajka
  • 1 surowy burak
  • 8 sztuk pieczarki brunatnej
  • łyżka octu
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 4 łyżki nierafinowanego oleju rzepakowego

Kaszę gryczaną namaczamy na noc. Na drugi dzień opłukujemy, wsypujemy do garnka, dolewamy wody tak, aby lekko pokryła kaszę i gotujemy 3-4 min na wolnym ogniu. Kaszę gotujemy al dente. Doprawiamy solą i odstawiamy pod przykryciem. Jarmuż dzielimy na małe listki, wcieramy w nie rękoma odrobinę oliwy i soli. Rozkładamy listki na blaszce piekarnika i pieczemy je w 180°C przez kilka minut. Wyciągamy z piekarnika i odstawiamy do ostygnięcia. Buraka obieramy i trzemy na grubych oczkach lub na mandolinie z końcówką na zapałki. Pieczarki kroimy w ćwiartki, podsmażamy na patelni z łyżką oliwy z oliwek, doprawiamy solą. Odstawiamy. Jajka wybijamy do osobnych miseczek. Zagotowujemy wodę w rondelku, mieszamy ją z łyżką octu. Robimy “wir” (mieszając wodę) i delikatnie wlewamy najpierw jedno jajko. Gotujemy je 2 minuty i wyciągamy łyżką cedzakową. Powtarzamy tę czynność z resztą jajek. Porcje ciepłej kaszy rozkładamy do misek, do każdej porcji wlewamy po łyżce oleju rzepakowego i mieszamy. Następnie na wierzch kładziemy: kilka smażonych grzybów, łyżkę serka Almette z ziołami, 2 łyżki startego buraka i trochę chipsów z jarmużu.

Deser, jaki pokazał nam David, okazał się nie tylko zdrowy i przepyszny, ale także “dziecinnie” prosty do przygotowania. Udowodniły to dzieciaki! Razem ze mną z Davidem gotowała znana w blogosferze parentingowej para – Marysia i Kuba – autorzy bloga Oczekując, którzy przyjechali z Gabi, Misią i maleńkim Kornelem. Dzięki nim pobyt był jeszcze przyjemniejszy, a Villa Greta okazała się miejscem wprost stworzonym dla dzieciaków. David zaproponował zupełnie inne spojrzenie na śmietankowy serek – dzięki czekoladzie, jajkom zaparzanym herbatą i orzechom laskowym – zyskuje zupełnie inny wymiar. To deser dla małych i dużych, a przygotujemy go w 5 minut! Gabi i Misia sobie poradziły, więc Wy także spróbujcie. Ten przepis zaskoczył mnie najbardziej.

  • 240 g gorzkiej czekolady 64%
  • 1 serek Almette śmietankowy
  • 4 ekologiczne jajka
  • 2 łyżki cukru
  • szczypta soli
  • 200 ml zaparzonej gorącej herbaty Earl Grey
  • 2 łyżki prażonych i posiekanych orzechów laskowych

Zaczynamy od posiekania gorzkiej czekolady. Wrzucamy ją do blendera, dodajemy serek Almette, surowe jajka, cukier, sól i dolewamy 1/3 zaparzonej, gorącej herbaty. Szybko miksujemy przez kilka sekund. Przerywamy miksowanie, wlewamy kolejną 1/3 herbaty i miksujemy ponownie. Powtarzamy tę czynność, żeby dolać ostatnią porcję herbaty. Na koniec miksujemy wszystko przez 30 sekund. Wlewamy mus do przygotowanej miski lub pojedynczych miseczek. Wkładamy do lodówki na co najmniej 3 godziny. Po tym czasie serwujemy mus czekoladowy posypany orzechami laskowymi.

Wprowadzajcie slow life do Waszego życia. Wybierając się w takie magiczne miejsca, gotując w domu (przepisy Davida są takie proste, a dania smakują fantastycznie!) i zmieniając nawyki. Jak? Ja ostatnio szczególnie zmieniłam nawyk zakupowy. Na zakupy mam zawsze niewiele czasu, więc w każdy weekend były ogromne zakupy w supermarkecie. Gdy otworzyłam szerzej oczy okazało się, że mam w okolicy fantastyczny sklep rybny. Potem odkryłam bazarek z tanimi, ale pięknymi lokalnymi warzywami zaraz obok rybnego. Był tam wiele lat, ale z przyzwyczajenia kupowałam gdzie indziej – gdzie było dalej i nie zawsze po drodze. Codzienne zakupy, takie jak kasze, makarony, serki – robię w sklepie po drodze z pracy, mijam także piekarnię. Brakowało mi tylko sklepu mięsnego. Okazało się, że taki jest – 2 km obok. Ekologiczni dostawcy, wyroby wędliniarskie robione na miejscu, fantastyczna jakość – jestem w stanie zapłacić więcej, jeść mięso raz-dwa w tygodniu, ale być pewna, że jest dobre i zdrowe. W takich sklepach robimy z mężem zakupy po pracy, a w weekendy mamy czas na inne aktywności. Nie zawsze udaje nam się gotować w domu – staramy się jednak to robić jak najczęściej – bo to radość. Przepisy Davida na pewno wprowadzimy z mężem do menu – po powrocie małż zażyczył sobie od razu pasty z pstrąga!

Marce Almette dziękuję za zaproszenie i możliwość odkrycia z Davidem nowych smaków. Przyznam Wam się, że w międzyczasie mieliśmy przerwę w dostawie prądu, więc znaczną część dnia spędziliśmy wszyscy bez komórek, laptopów i mediów społecznościowych (trzeba było oszczędzać baterie) – dlatego był czas, aby lepiej się poznać i porozmawiać. Zrobiliśmy sobie spontaniczne, nieplanowane ognisko – nic tak nie integruje. Ognisko zimą ma szczególny klimat! Wspólnie z marką przygotowaliśmy dla Was też niespodziankę – już jutro rusza konkurs Facebookowy w którym można wygrać designerską matę i wygodne kubki termiczne. Przepisy się spodobały? Znajdziecie ich więcej na stronie: www.almette.pl

FavoriteLoadingDodaj przepis do ulubionych